<< powrót

Armenia 2011
dziennik podróż

16.08. Erywań

    Erywań - ciekawe miasto, zaskakujące. Pierwsze moje wrażenie było zdecydowanie niekorzystne. Gdy wyszedłem ze wskazanego przez taksówkarza hoteliku utonąłem w typowych azjatyckich bieda-dzielnicach, zapylonych i brudnych. Szukając po nocy czegokolwiek nadającego się na kolację byłem skazany na życzliwość Ormian. Na pierwszy rzut oka posępni i gburowaci, często wręcz odstraszający „bandycką” fizjonomią, przy pierwszym kontakcie okazują się życzliwi i pomocni. Tak więc pierwsze obawy szybko minęły.
    Dopiero rano zobaczyłem inny Erywań. Bogatą, wielkomiejską stolicę z kawiarniami, butikami i monumentalną zabudową. Tu już ładnie i czyściej, choć typowy azjatycki pył nadal daje o sobie znać. Tu już kelner dobrze mówi po angielsku, na każdym rogu stoi bankomat, a ilość luksusowych aut robi wrażenie. Jednym słowem taki mix Europy i Azji.
    Erywań lubi zaskakiwać. Na razie wszystko tu jest dla mnie nowe i egzotyczne, nie takie, jak się spodziewałem. Wieżowce są pokryte kamieniarką jakby żywcem wyjętą ze średniowiecznych monastyrów. Ale sprzedawcy nie rzucają się na ciebie już od wejścia, jak to zwykle w Azji. Wydają się nie zauważać klienta i dopiero zgadnięci są gotowi ci pomóc. Gdzieś w na w pół rozwalonych zaułkach trafiasz na luksusową restaurację, pod którą stoi zaparkowanych kilka Hummerów i Bentley. Z rozwalającej się bramy wychodzi piękna dziewczyna z subtelnym makijażem, ubrana w najmodniejsze ciuchy, w szpilkach i z pełną biżuterią. A wszystko wokoło jakieś takie niespieszne, spokojne, i tylko kierowcy jeżdżą zupełnie jak w Azji (choć czasem zdarza się im przepuścić na pasach przechodnia).
    Upojny wieczór spędzam niestety w moim hoteliku-burdeliku. Tak na serio, to chyba całkiem uczciwa instytucja, ale po przygodach w Limie zawsze chyba tak będą mi się kojarzyć takie miejsca, które nie wiadomo z czego się utrzymują. Jestem chyba jedynym gościem, a obiekt w sumie niemały i ponoć z restauracją. Do tego nawet w nienajgorszym standardzie i wszystko o dziwo działa: i klimatyzacja, i ciepła woda nawet czasem się pojawia. Całość za jedyne 100 PLN/dobę, ale takie są niestety uroki podróżowania samotnie, za to mogę się całą noc miotać po wielkim, pustym łóżku. No, ale mam nadzieję, że następne noclegi będą tańsze.
    Miałem nawet ochotę powłóczyć się wieczorem po mieście, ale przegoniła mnie nadciągająca ogromna burza... z której wyszło tylko trochę błyskawic i kurzawa. A taki armagedon się zapowiadał.
    Dziś syciłem się lokalną kuchnią - jedyne odstępstwo zrobiłem na rzecz fanty, która w tym upale dość dobrze gasi pragnienie. Ale poza tym cały dzień nurzałem się w lokalnych szaszłykach, owocach, kawie i innych wynalazkach. A że tubylcy lubią dobrze zjeść, to i moje eksperymenty dały znakomite efekty. Przy okazji odkryłem, że tu też piją ajran, że kawę robią znakomitą, a obróbka mięsa też nie pozostaje w tyle. Teraz trzeba będzie już na spokojnie zacząć zapoznawać się z nazewnictwem.
    
18.08. Goris

    Trochę utknąłem. Próbuje od rana wyjechać z Goris do Kapanu, ale każdy podaje inną godzinę odjazdu marszrutki. Wygląda na to, że przed 12.00 stąd nie wyjadę.
    Przemieszczenie się po Armenii wydaje się być bardziej skomplikowane niż np. w Turcji, bo tu nikt nie wie co, skąd, dokąd, ani kiedy odjeżdża. Nie ma naganiaczy, więc w sumie ciężko jest dociec, jak znaleźć transport. Wczoraj udało mi się wydostać z Erywania, co w sumie nie było proste, bo nikt nie potrafił powiedzieć, skąd startują marszrutki do Sisian. Najpierw dowiedziałem się, że spod dworca kolejowego. Tam jednak wszyscy odsyłali od Annasza do Kajfasza, proponując mi przy okazji taxi za bajońskie sumy i wmawiając, że inaczej się tam nie dostanę. W końcu dotarłem na dworzec autobusowy, gdzie znalazłem odpowiedni busik.
    Samo Sisian okazało się być wyjątkowo podłą dziurą, więc dość szybko przyjąłem propozycję taksówkarza, który za 4000 AMD przewiózł mnie do Goris, które okazało się niemal metropolią w porównaniu z Sisianem. Kilka hoteli, bankomat, jest w czym wybierać. Ktoś wskazał mi domek, gdzie wynajmują pokoje (6000 AMD za  B&B), co przyjąłem z wdzięcznością, bo to znacznie taniej niż w hotelu. Gospodarzowi dość szybko udało się namówić mnie na wycieczkę do monastyru Tatev, który i tak miałem ochotę obejrzeć. Miejsce okazało się warte 10.000 AMD, bo faktycznie ogromne wrażenie robi surowy, kamienny zespół klasztorny, położony na skraju ogromnego wąwozu. Dziś prowadzi do niego efektowna kolejka linowa, ale dawniej musiał być trudny do zdobycia (całość jest dość silnie obwarowana).
    Przy kolejce trafiłem na parę przeuroczych Włochów, którym dość ciężko było się dogadać z tubylcami, bez znajomości rosyjskiego. Trochę po drodze pogadaliśmy i wyszło, że zabiorą się z nami na oglądanie gorących źródeł. Te okazały się strzałem w dziesiątkę. Niemal niewidoczny z zewnątrz kanion tworzy wspaniałe kaskady, ogromne misy martwicowe, jaskinie. Potaplaliśmy się w nich oprowadzani przez lokalnych mołojców, którzy w misach porobili sobie wanny i wylegiwali się popijając piwo. Popołudnie było tak udane, że postanowiliśmy w ramach kontynuacji wybrać się na kolację do hotelu, gdzie dotarliśmy z jeszcze jednym Hiszpanem.

19.08. Meghri

    No i dojechałem do granic Armenii. W sumie nic tu nie ma, jak się można było domyślać, ale czuć specyficzna atmosferę granicznego zadupia.
    Dotarłem tu dość sprawnie, bo z Goris udało mi się w końcu złapać marszrutkę (2h czekania) do Kapanu. Samo miasto, wbrew zapewnieniom taksówkarza z Sisian, jest koszmarnie szpetne. Tak brzydkiego miasteczka jeszcze nie widziałem. Na zboczach wokół głównego skrzyżowania piętrzą się ponure bloki, a wszystko dookoła pokryte jest rdzą, brudem i pyłem. Gastronomii nie ma (!), rozrywki nie ma, ludzie snują się smętnie, lub próbują handlować czymkolwiek. Hotel choć duży, świetnie wpisuje się w ten krajobraz. Niby czysto, ale wszystko się rozpada: muszla klozetowa bez deski, okna się nie zamykają... cena przynajmniej rozsądna (5000 AMD). Bez żalu więc ruszyłem dziś dalej.
    Pierwszy etap: klasztor Wahanawank ok. 7km od Kapanu. Taksówkarz żądał 1500 AMD, ale zgodził się pojechać za 1000. Cwaniak. W pewnym momencie oświadczył, że „Wahanawank, to już ta wieś". A gdzie klasztor? - Pytam. On na to, że nic o klasztorze nie mówiłem i że będzie drożej.
    Ale klasztor wspaniały - głównie dla tego, że byłem w nim absolutnie sam. Każdy krok odbijał się echem, wokoło wszystko pachniało obłędnie... W tych mrocznych murach pamiętających IX wiek zapalenie świeczki miało posmak niemal mistyczny.
    Dalej ruszyłem piechotą, żeby obejrzeć i inne ruiny, których pełno wokoło. Daleko nie zaszedłem, bo trafiłem na roboty drogowe: asfalt rozryty, wielkie tiry pełzną po szutrze, sprzęt budowlany stoi samopas. Ale gdy przechodziłem koło baraku dało się słyszeć gromkie "Eeee!". Wołają do środka.
- turist?
- da, turist!
- atkuda?
- z Polszy!
- dawaj wodki!...
    Siedzi z dziesięciu chłopa, stół zastawiony jedzeniem, butelka wódki. Nalali, spełniliśmy toast. Oczywiście ja byłem dla nich tak samo egzotyczny, jak oni dla mnie. Więc jeszcze jeść i jeszcze pić. Na koniec pamiątkowe zdjęcie, życzenia dobrej drogi i dalej przed siebie.
    Ruiny średniowiecznego zamku do których zmierzałem, okazały się bezładną kupą kamieni, dalej więc postanowiłem skorzystać z transportu kołowego. W ramach eksperymentu stanąłem przy drodze i dawajże machać. W międzyczasie obserwuję kobietę krzątającą się w obejściu, koło którego stanąłem. Z początku z prawdziwym uznaniem podglądałem jak sumiennie zamiata całe podwórze, zbierając wszystkie śmieci, butelki i papiery. Następnie zebrała to wszystko do kubła i... wyrzuciła do rzeki koło domu. Taka gmina...
    Dość szybko przygarnęło mnie dwóch Ormian i to jadących aż do Meghri. Po drodze miałem jeszcze okazję rzucić okiem na kolejne górnicze miasto - Kajaran i ogrom szkód górniczych z porytymi zboczami, hałdami urobku, kilometrami kabli. Przygnębiający obraz.
    Za Przełęczą Meghri w naszej Ładzie skończyło się paliwo. Kierowca jakiś czas męczył rozrusznik, gmerał przy pompie, ale w końcu rozłożył ręce i smutno oświadczył "kaput, benziny niet!" Ja na to nieśmiało, że mam butelkę do prymusa, wprawdzie tylko 1 ltr., ale może... Ucieszył się kierowca, nalał, wesoło odpalił motor i pojechaliśmy dalej. Potem na stacji sam zatankował i mi pełna też butelkę oddał.
    Meghri jest maleńkie. Właściwie to jedna uliczka, kilka sklepików, warsztatów, jeden klub nocny (pewnie dla Irańczyków, gdzie cenzura obyczajowa większa). Udało mi się jednak znaleźć miła knajpkę, gdzie tak mnie nakarmili, że potem ledwie przebierałem nogami. Czego to nie wniesiono na stół: szaszłyk barani, pomidory z ogórkami, ser owczy, dwa rodzaje chleba, adżyka, kiszona kapusta i bliżej niezidentyfikowane kłącza. Wszystko świeże, pachnące, smaczne. Po obiedzie zacząłem wypytywać o nocleg - owszem jest, kilka kilometrów w górę. Znalazłem budynek z drogowskazem "hotel", szyldem nad wejściem "Mila B&B", i z kilkoma pokojami - w środku rozlatujące się łóżka, dwa krzesła. A wszystko za jedyne 5000 AMD, Gospodarze mrukliwi, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić.
    
20.08. wieś Kaler

    No i pierwszy dzień treku minął. Gdy opuszczałem kwaterę wyliczyłem sobie z mapy, że niedługo powinno udać mi się skręcić z szosy w góry. Te nad Meghri nie bardzo nadawały się do wchodzenia, bo piętrzyły się skalnymi urwiskami nad doliną. Zgodnie jednak ze sztabówką wgraną do GPSa już za chwilkę stoki powinny się położyć, a droga gruntowa umożliwić wejście. Ale idę, idę, kilometry mijają, a drogi brak. W końcu trafiłem na jakieś zabudowania gdzie udało mi się dogadać, że owszem, jakaś droga jest. Przy okazji każdej spotkanej osobie musiałem tłumaczyć, że nie zwariowałem, że chcę iść w góry, że wiem, że tam są wilki, niedźwiedzie i pantery i że mimo to idę. Chyba turystyka górska nie jest tu popularna.
    Dopiero po kilku godzinach marszu dokonałem przykrego odkrycia: mapa, którą zrzuciłem do GPSa została źle skalibrowana i jest przesunięta ok. kilometr na północ. No i dla tego nic mi się nie zgadzało, ale tak to jest, jak się przygotowuje nawigację kwadrans przed wyjściem z domu. Swoją drogą śmiesznie się nawiguje w takich warunkach: urządzenie pokazuje, że jestem "tu", a więc trzeba się dobrze rozejrzeć i zastanowić, gdzie to "tu" tak na prawdę jest.
    A góry piękne. Wprawdzie strasznie sucho (ewidentnie lepiej jechać wiosną), ale za to niesamowicie rozległe, malownicze i budzące podziw. Widoki rozciągały się hen, bo aż do granicy z Iranem oraz Nachiczewanem. W tej części prowincji Syunik góry są dość łagodne, niemal bezleśne, można więc iść dokądkolwiek. Musze jednak uważać, żeby nie skręcić zbytnio na wschód w stronę Kapanu, bo tam już nie ma żartów. Ale i tak chyba znów mnie poniosło, bo dopiero wieczorem, gdy spojrzałem na mapę zorientowałem się, że w tej części gór miałem zamiar być dopiero jutro, ale najpierw po prostu dobrze się szło, a potem nadciągnęły deszczowe chmury, tu i tam zagrzmiało, więc przyspieszyłem, żeby załamanie pogody nie znalazło mnie na odkrytych zboczach. No i dotarłem do wioseczki Kaler. Ot, kilka kompletnie rozwalających się chat i ruina kościółka. Bieda aż piszczy.
    
21.08. gdzieś na zboczu góry
    
    Ten dzień zapowiadał się dobrze, a skończył... średnio. Po wyjściu z wioski sporo czasu straciłem na robienie zdjęć, bo przelewające się przez przełęcze chmury podświetlone niskim słońcem dawały obłędne efekty. Potem bardzo długie podejście na przełęcz. Szło się powoli, ale dobrze, bo wygodna droga gruntowa nie zmuszała do zachowania uwagi. Po przejściu przełęczy wszystko się zmieniło. Przede wszystkim podjąłem decyzje, żeby kontynuować marsz w kierunku na północ, przecinając drogę między Kapanem a Kajaranem. Gdy już sobie wszystko zaplanowałem wg mapy, przyszedł czas na realizację. Po drodze wpadłem jednak na pasterzy ze stadem baranów. Z jednym wdałem się w rozmowę, bo zapytałem, po co mu strzelba. Od słowa do słowa facet zrobił się napastliwy - chciał jakiś "podarek", aparat, pieniądze. Udało mi się go zbyć, ale wyrywałem stamtąd co sił w nogach.
    Po dłuższej chwili zorientowałem się, że wybrałem złą drogę. Zacząłem więc obchodzić wzgórze, aby trafić na właściwy ślad, ale tego ani widu ani słychu. Sprawdziłem mapę bardzo dokładnie, ale tam gdzie powinna być wyraźna droga, nie było nic. Pomyślałem, więc, że dojdę do początku wąwozu, gdzie wg mapy powinno być skrzyżowanie trzech dróg, więc coś już powinno się pojawić. Niestety tam też nic nie znalazłem. Wyjścia miałem dwa: albo wracać kilka kilometrów i pójść w innym kierunku, albo liczyć na to, że mimo wszystko droga się pojawi. Na obu mapach widać ją było bardzo wyraźnie. Do tego jeszcze zabudowania, odejścia... Postanowiłem zaryzykować, choć marsz dnem wąwozu, którym płynie potok bardzo mi się nie podobał.
    No i zaczęło się. Droga wprawdzie nadal się nie pojawiła, za to zaczęły się trudności: najpierw zarośla i grząskie miejsca, a potem to, czego się najbardziej obawiałem, czyli progi skalne. Do tego ściany wąwozu zrobiły się wysokie i skaliste, więc marsz zboczem nie wchodził w rachubę. Pierwsze progi przeszedłem dość sprawnie, ale kolejne zaczęły robić co raz większe problemy. Kiedy kolejny osiągnął wysokość kilkunastu metrów - żarty się skończyły.
    Niektóre próbowałem przejść wspinaczkowo, ale bez liny, w butach trekingowych, z 18-to kilowym worem na plecach było to mało skuteczne i dość niebezpieczne. Niektóre udało mi się obejść górą, nadkładając sporo drogi. Raz udało mi się opuścić plecak na lince, bo z worem na plecach nie odważyłbym się zejść po ścianie. Ostatnia tego dnia seria progów była jednak tak głęboka i przepaścista, że nie było innego wyjścia, jak wspiąć się na samą grań żlebem i obejść cały grzbiet. Widok z góry nie napawał optymizmem: wąwóz jak okiem sięgnął przepaścisty i zalesiony, ścieżki ani śladu. Co gorsza zrobiło się na tyle późno, że czas było pomyśleć o noclegu. Postanowiłem zejść do zbiegu dwóch dolin i tam podjąć ostateczną decyzję.
    Schodzenie w dół sprowadziło się do ześlizgiwania się po zbutwiałych liściach i korzeniach przez karłowata dąbrowę. Wszędzie pełno śladów bytności zwierząt: nory, rozryta ziemia, wygniecione trawa. Widać, że trafiłem na ostoję zwierzyny.
    Nad głowa zaczęły latać kruki i coś wielkiego, drapieżnego (orzeł?). Gdy znów osiągnąłem dno doliny stało się jasne, że tu trzeba nocować. Wyszukałem więc jakiś możliwie płaski spłachetek trawy na skraju lasu i rozłożyłem biwak, tym razem jednak z duszą na ramieniu, bo ślady obecności zwierzyny kazały przypuszczać, że i niedźwiedź może się pojawić. Z tego tez powodu całe jedzenie zapakowałem do worka foliowego i kanadyjskim zwyczajem powiesiłem na gałęzi możliwie najdalej od namiotu. Do tego całą noc spałem z czołówką na głowie.
    Niedźwiedź nie przyszedł, za to całą noc szalała burza. Najpierw dały się słyszeć dalekie pomruki, potem pokazały się pierwsze błyski. Z początku liczyłem odstępy między dźwiękiem a światłem, ale dość szybko odstępów już prawie nie było. Burza nawracała przez całą noc. Namiot na szczęście wytrzymał, choć momentami ulewa była naprawdę mocna. W tych warunkach ciężko było zasnąć, a każdy nowy dźwięk budził i kazał nasłuchiwać.
    
    
22.08. za wsią Pkhrut

    Rano ze zdziwieniem stwierdziłem, że mimo nocnej nawałnicy torba z jedzeniem zachowała się w dobrym stanie. Może nie byłoby dramatu, bo trudniej bez wody niż bez jedzenia, ale... Postanowiłem popróbować dalej przebijać się dnem wąwozu. Doszedłem do wniosku, że jeśli się nie uda, to wyjdę zboczem po lewej stronie na samą grań i stamtąd będę próbował dostać się do wsi, która wg mapy jest po drugiej stronie góry. Powodzenie planu zależało od tego, czy zbocze - dość strome - faktycznie nadaje się do podejścia, czy np. skały, czy gęstwina nie zablokują drogi. No, ale właściwie nie miałem innego wyjścia. Cofnąć się nie dało, a zbocze po prawej było zbyt przepaściste, a do tego zalesione. Co więcej, prowadziło w naprawdę wysokie góry, co zmusiłoby mnie do nocowania gdzieś na grani.
    Wyjście zaraz po burzy w gęste zarośla dało spodziewany efekt: po kilku krokach spodnie i buty miałem przemoczone. No i zaczął się dalszy ciąg przedzierania. Dziś już bez wspinaczki, za to ciągłe przedzieranie się przez gęstwinę zarośli lub drzew. Miejscami wydawało mi się, że trafiłem na wyczekiwaną ścieżkę, ale po paru krokach domniemana ścieżka kończyła się np. zerwą skalną. Cały czas zachodziłem w głowę jak to możliwe, że na dwóch mapach widać w tym miejscu drogi, budynki, a w rzeczywistości widzę tylko gąszcz zarośli.
    W końcu na jednej polanie zauważyłem kamienny budynek, a wokoło ruiny innych. Ewidentnie trafiłem na pozostałości wioski. Stwierdziłem, że to musi oznaczać koniec moich problemów, bo skoro była wieś, to musiała być droga do niej, a gdzieżby indziej, jak w dół doliny, wzdłuż potoku? Zacząłem wypatrywać śladu wejścia do wsi, ale ruiny były tak zarośnięte, że niemal nie dało się po nich poruszać. Postanowiłem zatem przyjrzeć się jedynemu budynkowi, który wystawał więcej niż metr ponad ziemię. Był to wysoki prostopadłościan, jedną ścianą oparty o skarpę, z kilkoma wąziutkimi okienkami na dużej wysokości. Wydawał się nie mieć drzwi, jednak po dłuższym badaniu odnalazłem wejście ukryte tuż przy skarpie za dodatkowym murkiem. Budynek okazał się kościołem. Wewnątrz widać było jeszcze ślady napisów ormiańskich na ścianach, ale w miejscu ołtarza wyrastał bujny pióropusz paproci.
    Ruszyłem szukać ścieżki prowadzącej ze wsi - tym razem pewien sukcesu. Jakież było moje rozczarowanie, gdy najpierw jedno ze zboczy zaczęło schodzić pionowa ścianą skalną do wody, a po kilkuset metrach drugie. To świadczyło o jednym: wioska nie miała drogi prowadzącej dnem doliny, a jeśli nawet była jakaś ścieżka gdzieś wyżej, to w gęstwinie nie miałem szans jej odnaleźć. W ten sposób stało się jasne, że zejście w dół doliny może okazać się niemożliwe. Skoro wracać też nie było jak, został mi do wyboru jedynie ostatnia z możliwości - sprawdzić, czy da się przebić na drugą stronę góry po lewej stronie doliny. Różnica wzniesień 1000m dawała nadzieję na pokonanie tej wysokości w górę i w dół jeszcze przed zmierzchem.
    Zaczęło się mozolne zdobywanie wysokości. Niestety miałem przy sobie mało wody, bo decyzję o wycofie podjąłem w sporej odległości od potoku, odcięty od niego stromym zboczem. Podejście było koszmarne. W upale, bez wody, przez kłujące zarośla. W końcu jednak udało mi się osiągnąć przełączkę. Dalej wystarczyło już tylko obejść trawersem spory szczyt i na następnej przełęczy z ogromną ulgą zobaczyłem drogę schodzącą w dół na drugą stronę. Dopiłem resztkę wody i dalej w dół. Po kilku godzinach dotarłem do nędznej wioseczki Pkhrut. W środku ani żywej duszy, część domów ewidentnie opuszczona. W końcu jakiś pastuch pokazał mi ujęcie wody i dodał, że 2km poniżej wsi jest dogodne miejsce na biwak.
    
23.08. Kapan

    Rano wstałem o świcie, zebrałem się do drogi i pomaszerowałem asfaltem do szosy do Kapanu. Ledwo zamachałem, zatrzymało się dwóch mołojców w rozlatującej się Ładzie. Obaj tradycyjnie wyglądali jak zbóje, ale też byli bardzo sympatyczni. Jeden od razu zatrzymał auto koło sklepu, kupił dwa piwa Kilikia i jedno mi wręczył. Na zdrowie! Na przemian podkręcali mną maxa muzykę i wypytywali o wszystko, Jak wszyscy nie mogli uwierzyć, że szedłem przez góry. Podwieźli mnie pod sam hotel, gdzie znów wziąłem ten sam zapyziały pokój w promocyjnej cenie. Pierwsze, co musiałem zrobić, to pranie, bo ostatnie dni doprowadziły moja garderobę do rozpaczliwego stanu. Spodnie oczywiście się nie doprały, ale i tak mokre wciągnąłem na tyłek i ruszyłem "w miasto". Inna rzecz, że w tych warunkach "szybkoschnące" materiały faktycznie schną momentalnie.
    
24.08 Goris

    Dziś kolejny, zwariowany dzień. Rano okazało się, że przyszło totalne załamanie pogody i za oknem leje. Pozbierałem się więc, spakowałem i wylogowałem z hotelu. Ku mojemu rozczarowaniu dowiedziałem się, że maszrutka do Goris właśnie odjechała, a następna będzie w południe. Wściekły wyszedłem więc na rogatki, żeby choć z nudów postać i pomachać. Gdy zniechęcony ochlapywaniem przez irańskie ciężarówki już miałem wrócić, zatrzymał się Ford Transit, jadący do samego Goris. Kierowcą okazał się przesympatyczny właściciel małej firmy transportowej, która w trzy busy utrzymuje stałą komunikację między Kapanem a Kajaranem. Od słowa do słowa stwierdził, że pokaże mi, jak wygląda PRAWDZIWY szaszłyk.
    Zatrzymaliśmy się w zajeździe po drodze, po chwili dołączył do nas jego kolega jadący drugim autem. Ten drugi przypominał mi nieco Greka Zorbę. Postawny, szpakowaty, niesamowicie energetyczny gaduła. Na stół wjechały najpierw zakąski: słony ser, pasta pomidorowa, cebula, pietruszka, kiszony ogórek, kiszone łodygi buraka, ostre, marynowane papryki, chleb i lawasz, pieczone ziemniaki. Następnie wniesiono szaszłyk. Robiony nie na grillu, ale w specjalnym, tradycyjnym piecu będącym komorą wmurowaną w ziemię z paleniskiem pod spodem i potężną klapą u góry. Robione były z wieprzowiny oraz dzikiej kozy górskiej, czy może jelenia. Jak by tego było mało, mój gospodarz zamówił butelkę samogonu z morwy. Trunek mocny jak cholera, o pięknym aromacie i ciekawym smaku. Potem zamówił kolejną butelkę, a potem kolejną. Na deser wjechała kawa parzona na wschodnią modłę i ogromny, słodki arbuz.
    Uczta trwała ze dwie godziny. Omówiliśmy wszystkie aspekty polityki zagranicznej Armenii, specyfikę jej języka, historii i położenia geograficznego. Zapoznaliśmy się ze wszelkimi meandrami naszych relacji rodzinnych, a na koniec zaplanowano mi ze szczegółami dalszą ścieżkę kariery a Armenii.
    Ledwo ruszyliśmy po skończonej uczcie (kierowca tym razem przezornie zapiął pasy - w końcu, jako zawodowiec zdawał sobie sprawę, że jazda po mocnym alkoholu może być niebezpieczna), zobaczyliśmy przy drodze grupkę dziewcząt łapiących stopa. Spojrzeliśmy po sobie, szofer z dziką radością zjechał na pobocze.
- do Goris?
- do Goris.
Gdy tylko dziewczęta zorientowały się, że nie władam ich piękna, lecz jakże trudną mową, jedna wypaliła:
- parlez vous français?
- oui, un petit peut...
odpowiedziałem w lekkim szoku, bo gdzie jak gdzie, ale na armeńskiej prowincji tego się nie spodziewałem. Co więcej, od tygodnia próbowałem zmusić swój mózg do przypomnienia sobie resztek rosyjskiego, dodatkowo znajdowałem się pod rozgrzewającym wpływem samogonu, więc próba formułowania składnych zdań po francusku mogła okazać się totalną kompromitacją, tym bardziej, że moja rozmówczyni przedstawiła się jako nauczycielka tegoż języka w tutejszej szkole. Na szczęście szybko dojechaliśmy do celu.     Wysadzając mnie, mój towarzysz upewnił się jeszcze, czy gdzieś mnie nie zawieźć, czy mam dość pieniędzy (!) i pożegnał serdecznie.
    
25.08. Yeghaghnadzor

    Dziś dzień bez większych niespodzianek. Rano nadal w deszczu próbowałem wydostać się z Goris. Tyle, że każdy mówił co innego: właściciel hoteliku że marszrutki do Erywania odchodzą o 9.00, ale już ludzie w mieście twierdzili, że żadnych marszrutek nie ma i trzeba brać taxi. Zniechęcony tym wszystkim poczłapałem w mżawce i mgle na wylotówkę. Tam chyba przez godzinę byłem świadkiem następującego spektaklu: na skrzyżowaniu dróg Karabach - Iran - Erywań urządził sobie polowanie radiowóz. Trzech wesołych policjantów krążyło w kółko i co chwila zatrzymywali dowolne auto. O przekroczeniu prędkości nie mogło być mowy, niczego też nie sprawdzali. Po prostu zabierali się do wypisywania papierów. Wyglądali jak radosne, spasione sępy.
    W końcu zatrzymała się jakaś marszrutka, która zawiozła mnie do Yeghaghnadzoru. Ponieważ było jeszcze wcześnie szarpnąłem się na taxi za jedyne 4000 AMD i kazałem się zawieźć do ponoć pięknego klasztoru Noravank. Klasztor faktycznie był obłędny. Położony na skalnej półce na końcu monumentalnego kanionu, wkomponowany w skały zarówno bryłą, jak i barwą, stanowi istną perełkę. Z żalem patrzyłem też na góry wokoło, gdyż aż zachęcały do przejścia się po nich.
    Warto jeszcze wspomnieć o hotelu w którym przyszło mi się zatrzymać: wielki, postsowiecki, rozpadający się budynek. Kobieta, która mnie przyjęła, obiecała mi pokój za 3000 AMD, więc zgodziłem się w ciemno. Pokój był mocno zużyty, ale do zniesienia. W łazience zobaczyłem tylko umywalkę i klozet.
- dusza niet?
- a po co? Jest kubeł z wodą i kubeczek do polewania, z wszystkie pokoje z duszem są zajęte!
Dopiero w nocy zorientowałem się, że poza mną w hotelu nie było nikogo...
    
26.08. Yeghaghnadzor

    Dziś dzień lajtowy. Najpierw taksówką do klasztoru Gladzor, a potem piechotą do Spitakavor. Gladzorski kościół (bo po uniwersytecie zostały tylko fundamenty) robi sam w sobie umiarkowane wrażenie i do Noravank się nie umywa. Jest natomiast przepięknie położony, no ale to chyba wspólna cech tutejszych monastyrów.
    Po drodze do Spitakavor spotkałem małą grupę złożoną z 2 Francuzów, 2 Węgrów i Amerykanina. Ponieważ marsz do i z Spitakavor zajął nam prawie cały dzień, na zakończenie udało mi się zaciągnąć Węgrów na szaszłyki. Chyba byłem bardzo przekonywujący, bo dopiero w knajpie okazało się, że jedno z nich jest wegetarianinem.
    Kolejny dzień minął również bez większych sensacji. Wcześnie rano wymeldowałem się z hotelu i poszedłem szukać transportu na jezioro Sevan. Niestety, zgodnie z przewidywaniami nie było bezpośredniej marszrutki z Yeghegnadzoru do Martumi, a naokoło przez Erywań nie chciało mi się jechać. Stanąłem więc na skrzyżowaniu i dalejże machać. Po jakiejś godzinie zatrzymało się spore BMW. Do samego Martumi. Starszy człowiek, sympatyczny, poinformował mnie, że jest profesorem chirurgii i ma własna klinikę w Moskwie, a przyjechał wezwany do pacjenta z Jarmuka. Zdziwiło mnie tylko, czemu mówił bardzo prostym rosyjskim (na angielski też nie chciał przejść).
    Samo Martumi okazało się kompletną pomyłką. Maleńka, umierająca mieścina, z jedną "główną" ulicą. Natychmiast złapałem więc transport do Gavar (większa, umierająca dziura), a stamtąd autobus do Sevan.
    Sevan już na szczęście miało jakieś znamiona cywilizacji. Nawet udało mi się znaleźć bistro, gdzie nie tylko zjadłem, ale i o hotel wypytałem. Niestety w samym Sevanie hoteli nie ma, ale sporo jest nad jeziorem. Tyle, ze są dużo droższe niż średnia armeńska. W końcu udało mi się znaleźć jakiś motel za 10.000 AMD, a i to z łaską. Żeby nie marnować dnia zdążyłem jeszcze skoczyć zobaczyć Sevanavank. W motelu, nie dość, że weselisko, to jeszcze towarzystwo z pokoju obok nastawiło sprzęt grający w aucie na maxa. Wyszedłem sprawdzić, kto zacz. Dwóch podtatusiałych mężczyzn  w sweterkach i dwie dwudziestokilkulatki w skąpych wdziankach, z ostrym makijażem. Pod drzwiami luksusowe Mitshubishi. Zobaczyli mnie, przyszli. Dziewuszki łamanym angielskim wypytały czy sam. Jeśli sam, to mam jechać z nimi do Erywania. Gdy nie wyraziłem zainteresowania zabrali się i po 5 minutach wyjechali.
    Rano zebrałem się i stwierdziwszy, że ze względu na temperaturę ok. 10st.C. pobyt nad wodą nie ma sensu, postanowiłem zakończyć wyjazd pobytem w górach Geghama rozpościerających się wzdłuż całego jeziora. Taksówką zabrałem się znów do Gavar, zahaczając o pole chaczkarów w Noratus. W samym Gavar wypatrzył mnie młody taksówkarz. Zna polski, handlował na Stadionie Dziesięciolecia. Obiecał zawieźć mnie do wsi Tsaghkashen, skąd chciałem wyruszyć w góry, aby przejść na drugą stronę masywu Geghama i zejść do Erywania. We wsi załapałem się jeszcze na kielicha wódki i kawał kebabu od mężczyzn urządzających sobie piknik od cerkwią i ruszyłem w górę.
    Z początku korzystałem z dróg gruntowych wiodących wzdłuż łagodnych, trawiastych zboczy. Trochę obawiałem się, co będzie wyżej, bo mimo słońca nad jeziorem, na górach ciągle wisiała czapa chmur. Po paru godzinach marszu zobaczyłem na zboczu kilka stad bydła i baraki. Była to osada pasterska gdzie w wyjątkowo prymitywnych warunkach latem mieszkali pasterze. Powitali, wypytali gdzie i po co (znów nie mogli pojąć, po co w góry, a zwłaszcza, czemu sam). Zaprosili do środka. Niesłychanie mili ludzie, dali kawy, wódki, sera, poopowiadali o tym, jak im się ciężko żyje. Ta rodzina (było ich tam chyba kilka) miała kilka krów, z których otrzymywali 3-4 tony(?) sera. Na pożegnanie jeszcze wcisnęli mi kawałek znakomitego sera na drogę.
    Za osadą pasterzy zaczęły się co raz gęstsze chmury. Co jakiś czas przechodziłem obok stad owiec, krów. Momentami wszystko dookoła zaczynało się wydawać kompletnie nierealne, jak na przykład wtedy, gdy niespodziewanie w mgły wyłonił się jeździec na koniu. Za moment z drugiej strony przygalopował następny. Podjechali z dwóch stron, okrążyli jak na westernie… nagle jednemu zaczęła dzwonić komórka. Czar prysł.
    Widoczność spadła poniżej 20m i dalej dało się iść wyłącznie na kompas, wytyczając kierunek od kamienia do kamienia. Niesamowite, jak we mgle człowiek traci poczucie orientacji. Wystarczyło chwilę iść nie patrząc na kompas, a za moment szedłem już pod katem prostym do właściwego kierunku. W ten sposób mimo, że GPS wskazywał, że idę po prostej, dałbym sobie głowę uciąć, że poruszam się po spirali. Wreszcie, gdy doszedłem na przełęcz 3050 mnpm, przejaśniło się. Pode mną błysnęła tafla jeziora, nad którym planowałem spędzić noc. Ku mojemu zaskoczeniu na brzegu dostrzegłem kilka namiotów. Podszedłem bliżej. Okazało się, że to grupa Niemców robiących trekking z lokalną agencją. Zaprosili mnie na obiad, pogawędziliśmy sympatycznie. Co ciekawe prowadziła ich wyspecjalizowana agencja outdoorowa z Erywania. Sporo poopowiadali o swoim biznesie, a ofertę mają szeroką: trekking, wspinaczka, skituring, rafting. Widać też było, że działają profesjonalnie, dostosowując się do wymagającego klienta z Europy Zachodniej.
    Po zachodzie przyszedł mróz. Rosa na namiocie zamarzła i w świetle czołówki namiot wyglądał jak polukrowany. Taka temperatura była jak dla mnie graniczna, bo pakując się nie przewidywałem silniejszych mrozów. Musiałem jednak spać w czapce, a i tak nad ranem obudziło mnie zimno.
    
29.08. Jezioro Vank

    Wczoraj przewodnik Niemców namówił mnie, abym nie spieszył się do Erywania, ale spędził jeszcze dzień w górach, przechodząc przez wulkan Adżahak 3596 mnpm, a potem zrobił nocleg nad jeziorem Vank, gdzie ponoć stoją dwie "smocze stele" jeszcze z czasów prehistorycznych. Długo nie musiał mnie namawiać, a że dzień zapowiadał się pięknie, ruszyłem w kierunku wskazanym przez Ormianina. Szło się znakomicie, bo intensywny wypas w tej części gór spowodował, że podłoże wyglądało jak murawa boiska - trawa była króciutko wystrzyżona, a powierzchnia równa. Na podejściu spotkałem starego pasterza. Długo kręcił głową, że idę sam. Mówił, że tu "od ch... wilków, niedźwiedzi", i że on sam się boi. Chyba trochę przesadzał.
    Podejście pod szczyt wulkanu było ciężkie, bo od wschodu piętrzyły się strome zbocza pokryte luźnym żużlem wulkanicznym, który ciągle osypywał się pod nogami. Doszedłem więc do wniosku, że obejdę górę od lewej i skorzystam z łagodnego, południowego zbocza. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu stanąłem na szczycie, gdzie ktoś zdążył postawić nawet kilka prowizorycznych chaczkarów rytych w płytach tufu. Po chwili na szczycie stanęli Niemcy, którzy jak się okazało weszli szybciej łagodnym, zachodnim wejściem. Ze szczytu rozpościerał się wspaniały widok. Na zachodzie co chwila spośród chmur wyłaniały się dwa wierzchołki Araratu, nieco na północ wystawał szczyt Aragac, a od wschodu rozpościerało się na całą swoją długość jezioro Sevan. Do tego niemal pod stopami widniał kaldera wypełniona wodą. Na szczycie przewodnik wskazał mi jeszcze jezioro Vank, pożegnaliśmy się i ja poszedłem w swoją a Niemcy w swoją stronę.
    Krajobraz w tej części gór był nader specyficzny. Widać było wyraźnie, jak lawa spływająca z wulkanu rozlewała się kilometrami tworząc jęzory wrzynające się w zbocze. Teraz pozostały po niej całe rzeki ostrych, spiętrzonych głazów, tworzące ostry labirynt. Schodząc starałem się omijać co większe rumowiska, bojąc się niestabilnych, ostrych bloków skalnych, które zwłaszcza na zejściu mogły sprawić niemiłą niespodziankę.  W okolice jeziora sporo pojawiło się namiotów pasterzy. Widać, że cała ta okolica to jedno wielkie pastwisko, a wokoło meczą owce, ujadają psy, nawołują się pasterze.
    Samo jezioro okazało się spokojne. Rozbiłem namiot nad brzegiem, wykąpałem się i poszedłem oglądać wspomniane przez przewodnika stele. Dwa mocno zniszczone megality pięknie prezentowały się z Araratem w tle, choć uroku odbierały im współczesne napisy wyryte w kilku miejscach. Przed zmierzchem zaszedłem jeszcze do najbliższego obozowiska pasterzy, trochę aby wypytać o drogę, a trochę żeby pobyć z ludźmi. Znów zostałem poczęstowany kawą, wypytany o wszystkie szczegóły życia osobistego, wyposażony na odchodnym w chleb i ser. Pasterz z dumą chwalił się swoją młodą żoną i trójka dzieci. Nazwanie warunków w jakich żyją spartańskimi, to eufemizm. Mimo to jakoś spokojnie i pogodnie się z nimi gawędziło. Na piecyku skwierczały bakłażany i papryka, kawa pachniała, w wejściu do namiotu stał sobie niemożliwie umorusany szkrab. Aż mi się wychodzić nie chciał...
    
30.08. Erywań

    Koniec gór. Dziś zerwałem się godzinę przed świtem. Przy lekkim mrozie, w świetle czołówki przygotowałem sobie szybkie śniadanie. Potem poskładałem obozowisko. Gdy byłem gotowy do wymarszu akurat pierwsze promienie słońca odbiły się od lodowej czapy na Araracie. Wokoło było pusto i cicho. Zrobiłem ostatnie zdjęcia, założyłem plecak i ruszyłem w kierunku Erywania.



*  *  *


Uwagi praktyczne:
waluta: 1000 AMD (darm) = 7,5 PLN (sierpień 2011)
marszrutka – w krajach postsowieckich odpowiednik tureckiego dolmusza, tani bus kursujący na trasach miejskich i podmiejskich,  o niezbyt precyzyjnie ustalonej trasie i rozkładzie jazdy;

 


<< powrót